poniedziałek, 6 stycznia 2014

Przeczytać, zaszpanować, zapomnieć

Ostatnio na imprezie, Przemek, jeden z najlepszych przyjaciół mojego męża, i jeden z największych moich intelektualnych motywatorów, zagadnął towarzystwo o Lolitę Nabokova.*

Czytałam. Oczywiście, że tak. Pamiętam, że byłam wówczas niewiele starsza od głównej bohaterki, bo tak jak nastoletnie urwisy trzymają pod łóżkami "świerszczyki", tak jak zaczytywałam się w pikantnej literaturze jak np. Lolita właśnie, Klaudyna Colette, czy – znacznie mniej szacowna – Saga o Ludziach Lodu. Pozostały mi jakieś ogólne wrażenia, nie na tyle silne, abym mogła zabrać jakikolwiek głos w dyskusji oprócz smętnego pochwalenia się, że lektura została "zaliczona".

Pół roku temu zaczęłam wpisywać do kalendarza wszystkie książki, które przeczytałam. Jest tego dość sporo. Średnio 10 tomiszczy miesięcznie. Problem w tym, że o ile w lipcu mogłam się np. uważać za specjalistkę od Wojny Dwu Róż, to dziś, w styczniu, pamiętam zaledwie imiona królów i uzurpatorów, ale choćbym się opiła buerlecithinem, to nie odtworzę przebiegu ani jednej bitwy.

Aby ilość doświadczeń przeszła w jakość, postanowiłam zacząć pisać o tym co czytam, oglądam i miejscach, które odwiedzam. Może komuś te notatki i spostrzeżenia na coś się przydadzą?
A może ktoś będzie tak miły i zechce mi udzielać cennych wskazówek na temat mojej pisaniny?
Byłoby miło. Ale jak nie, to będę pisać sama dla siebie i do siebie. I do Mamy. Mama przecież przeczyta, bo kocha.

PS Tytuł bloga jest naturalnie zainspirowany wierszykiem, który prześladuje mnie całe życie. Poszła Ola... Oprócz tego jestem właścicielką pięknego parasola w sowy, które są przemądrzałe, a ja będę się tu głównie mądrzyć, więc... Koło się zamyka.


fot. theguardian.com


*Nie myślcie źle o naszych imprezach. To nie tak, że siedzimy sobie, sącząc likiery, rozmawiając o klasyce literatury światowej. Tak się składa, że spożywaliśmy ajerkoniak w formie stałej (sama robiłam, zmienił się w budyń z kryształkami cukru) i chyba akurat chwilę wcześniej było na tapecie zatwardzenie Elizy z Warsaw Shore. Także tego.

2 komentarze:

  1. Wasze imprezy, czy to bardziej czy mniej intelektualne, są bardzo spoko ;)
    Ja będę czytywał. W końcu mamy długą tradycję blogową.
    A co do tematu - niestety większość się zapomina. Przydałoby się ponowne przeczytanie tego i owego, ale...
    Jak ja nie mam czasu czytać nowe, to kiedy przeczytam ponownie stare?

    OdpowiedzUsuń
  2. Musiałam sprawdzić: Twój blog nadal wisi! Ostatnia notka dość kontrowersyjna w świetle wydarzeń, które nastąpiły, ale jest. Kawał historii :) Może i mamy bogatą tradycję blogową, ale Twoja jest znacznie bardziej stabilna. Po mojej nie ma śladu w Internetach.
    Z zapominaniem książek to jeszcze nic. Problem mam dopiero przy kawałach. Znasz te o zającu, misiu i jeżyku? Nie. I dopiero na sam koniec przypomina mi się, że jednak go słyszałam, w samą porę, żeby zepsuć puentę. Jestem więc i kiepskim słuchaczem, i opowiadaczem :)

    OdpowiedzUsuń