piątek, 28 lutego 2014

Droga na Ostrołękę? Esej o moim rodzinnym mieście.




- Mimo to wszystko, lud ten wprzemyślę innych mieszkańców kraju przechodzi, jest filuterny,spekulacyjny, cnotliwy, ale nie gościnny; lubi kłamać, wykręcać, -jednak się strzeże występków. Podpalania, zabójstwa, w naszej okolicynie znają, bo Kurp woli darować winę, niżeli się mścić zajadliwie. Przyweselnym lub pogrzebowym obrzędzie, nie obejdzie się bez gorzałki; tąsię też wywiązuje nowonarodzonemu dziecięciu i pomarłemu ojcu lub matce.Rysy ludu naszego są kształtne. Włościanie tutejsi Bogu tylko idobroczynnej naturze polecając własne kłopoty, w nieszczęściu idą. dokościoła, w chorobie do plebana; tam ułagadzają wydarzone przypadki iniedostatek, tu znajdują doktora i aptekę, a jeżeli konieczna radazwraca ich kroki do medyka, to przyniesioną receptę (zamiast ponieść doapteki) kładą, za belkę domu, i mówią, że doktór dał jakąś kartkę, aleta nic nie pomaga.
Ks. B. Ostrzykowski przy opisie Brańszczyka, nad Bugiem i okolic (1856)
- Mówią, że Kurpia za granicą poznasz po tym, że dużo pije wódki i przeklina. Nie sądzę, by to była prawda. Jedynie prawda, co się mówi, to że naród Kurpi jest bardzo zawzięty.

- Kurpie mają najlepszą tradycję strojów ludowych w Polsce. Cieszę się, że jestem Kurpiem, potomkiem ludzi puszczy, największych szabrowników wojennych, czcicieli Swaroga i Peruna.

- Jestem dumna z bycia Kurpianką. Cieszę się, że mogę coś opowiedzieć o swoim regionie.  Kurpie mają jednak jakąś tożsamość, ich strój ludowy, potrawy czy imprezy są kojarzone (…).

- Jestem z centralnej Polski, ale Kurpie mnie urzekły. Potrzeba dużego zaangażowania ludzi, żeby ten region stal sie widoczny, a jednocześnie większej pokory rodowitych Kurpi. Minęły czasy, kiedy walczyli podstępnie w puszczy .Teraz powinni podjąć walkę i uwierzyć w nią, że warto coś robić, żeby Nas zauważyli w Polsce, Europie,  świecie.
- Chciałbym napisać, że jestem zapalonym Kurpsiem. I chciałbym, żeby coraz więcej młodych ludzi się do tego przyznawało. Żeby nasz region, kultura i tradycje nie umarły, a wręcz przeciwnie stawały się coraz bardziej znane.

Wypowiedzi uczestników anonimowej ankiety
„Kurpsiem być – co to znaczy w XXI wieku”
Lipiec/sierpień 2012



Przy okazji Euro 2012 pojawiło się wiele akcji, w których pytano ludzi wprost: Czym jest dla Ciebie Polska? Pytanie z gatunku tych, które powinno być łatwe, a łatwe wcale nie są. Tak wiele elementów składa się na słowo „Polska”: dobrych i złych, emocjonujących i obojętnych, budzących wzniosłe uczucia i… mniej wzniosłe.
Kiedy staję przed zadaniem pisania o życiu nad Narwią – dostaję zadanie teoretycznie o niebo łatwiejsze. Obszar badania zdecydowanie się przecież zawęża. Rzeka wokół (obok?), której toczy się życie mojej rodzinnej Ostrołęki, Pułtuska, Łomży, Serocka, licznych miasteczek i wiosek, nie stanowi  twardej jasnej granicy, w której ramach wszystko jest jednolite i jednoznaczne. Ile ludzi tyle charakterów, poglądów i opinii. Za każdym rogiem rozciąga się inny krajobraz. Nie sposób zebrać tego wszystkiego w jeden wyraźny i reprezentatywny widoczek i przesłać gdzieś w świat z dopiskiem „Pozdrowienia znad Narwi”. 
Dlatego w niniejszym eseju skupię się na terenie jeszcze nieco węższym, a z Narwią związanym nierozerwalnie. Tym terenem jest - Kurpie, region położony między Podlasiem a Mazurami – a w szczególności ich stolica, Ostrołęka. Obszar piękny i… jakby nieco niewidzialny na mapie folklorystycznej świadomości Polski.
Zawęziłam swój obszar badań nie dlatego, że ten region świetnie znam. Mieszkałam w Ostrołęce dziewiętnaście lat i nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że znam to miasto, a już z pewnością, że znam Kurpie. Przeprowadzka do stolicy i częste wizyty w ojczystym mieście sprawiają jednak, że zaczynam widzieć pewne rzeczy z nową perspektywą i ostrością.

Skąd mogą czerpać o Ostrołęce wiedzę emigranci i osoby nie przebywające tam na co dzień? Przede wszystkim z portali internetowych, które są na ogólnie dostępne, na bieżąco aktualizowane i często odwiedzane. Artykuły są na ogół na gorące komentowane przez mieszkańców, jednakże jeśli przyjąć owe wypowiedzi internautów za reprezentatywne dla nastrojów społecznych na Kurpiach – można się niewątpliwie poczuć poważnie zaniepokojonym.
Tak zwana wojna „polsko-polska”, o której słyszymy z ust dziennikarzy i polityków zdecydowanie daje się tu zauważyć. Wzajemne wytykanie sobie zaślepienia przez zwolenników różnych opcji politycznych, jest niestety na porządku dziennym na ostrołęckich forach. Polityka nie jest jednak jedyną kwestią, która dzieli mieszkańców. To, co widoczne jest w skali kraju – czyli mocna, nieprzejednana krytyka w internecie, wspierana przez pozorną anonimowość, w skali niewielkiego miasta jest jeszcze bardziej wyraziste i szkodliwe. Przenosi komentarze na coraz bardziej personalny grunt i sprawia, że w efekcie ludzie na Kurpiach są coraz bardziej niezadowoleni wobec siebie nawzajem i gniewni. Bo taki właśnie najłatwiej wysunąć wniosek po lekturze wypowiedzi w Internecie: Kurp początki XXI wieku jest gniewny.
Czy gniewny oznacza nieszczęśliwy? Mimo wszystko chyba jednak tak nie jest. W ankiecie, którą przeprowadziłam sierpniu 2012 roku, na pytanie „Czy wiążesz swoją przyszłość z Kurpiami?” zaledwie 10% ankietowanych odpowiedziało: „nie”. Jest to widoczny znak, iż mimo całego sceptycyzmu, mieszkańcy darzą swój region sentymentem. Co jeszcze ważniejsze 88% procent ankietowanych zadeklarowało, iż czuje się Kurpiem, myśli o sobie w ten właśnie sposób.
Jak to rozumieć? Głosy krytyczne wobec władz, wyglądu Ostrołęki i innych kurpiowskich miejscowości, organizacji miejskiej i wreszcie ludzi (określenia „ciemnogród”, „małomiasteczkowe głupki”) można by odebrać przecież jako objaw niezadowolenia z regionu. Wydaje się, że frustracja może wynikać z tego iż Kurpiom bardzo zależy, żeby było lepiej i – kiedy to nie zawsze wychodzi – rodzi to silną frustrację. Takie stawianie wymagań wydaje się wynikać z marzenia o lepszych Kurpiach. Jest to już wniosek nieco bardziej optymistyczny.
Jak już wspomniałam wcześniej Puszczaki nie lubią w swoim regionie władz (ta teza ma poparcie w wynikach ankiety: zaledwie 3% ocenia władze jako dobre), nieszczególnie podziwiają siebie nawzajem (39% osób deklaruje, że na Kurpiach podobają im się mieszkańcy), ich zachwytu nie wzbudza infrastruktura. Są jednak elementy, którym nie sposób odmówić uroku, i które niewątpliwie stanowią o uroku i wyjątkowości Kurpi i w ogóle terenów nadnarwiańskich.
W jednym z odcinków Kuchennych Rewolucji Magda Gessler gościła w Nowogrodzie, przeprowadzając metamorfozę restauracji „Panorama”. Wspominam o tym dlatego iż graniczące z Kurpiami tereny Podlasia nie różnią się bardzo pod względem kuchni regionalnej, ani ukształtowania natury, a skansen w Nowogrodzie, to znane i lubiane miejsce, w które Kurpie często wybierają się na wycieczki i po trosze się z nim utożsamiają. Ten odcinek popularnego programu reality show odbiegał nieco od normy. Schemat relacjonowanej metamorfozy zazwyczaj wygląda podobnie. Pani Gessler zjawia się zaproszona w punkcie gastronomicznym, próbuje kilku dań z menu i krytykuje je w ostrych, twardych - i często żołnierskich – słowach, a następnie opracowuje program naprawy. Później restauracja wydaje uroczystą kolację z okazji otwarcia swojej nowej odsłony i wreszcie Gessler wyjeżdża po to, aby później wrócić po kilku tygodniach i sprawdzić, czy zmiany się przyjęły (przy tym ostatnim etapie nie ma reguły: raz jest zachwycona, innym razem zdejmuje swój portret ze ściany i wychodzi obrażona). W przypadku restauracji w Nowogrodzie… już przy pierwszej wizycie wyszła oczarowana. Zachwyciły ją potrawy rodzimej kuchni: kugiel i kartacze. Po posiłku poszła pogratulować kucharce. A do tego wszystkiego… zakochała się w zielonych terenach nad Narwią. 
Wspaniałe jedzenie i zapierający dech w piersiach widok – czy to wystarczający przepis na powodzenie? Prawdopodobnie nie, skoro opisywana restauracja świeciła pustkami. Co zatem przemieniło ją w świetnie prosperujący lokal? Zmiana wystroju na bardziej kolorowy: pełen kwiatów, wycinanek, sielskich akcentów. A także nazwa. Pyszniąca się obecnie ze wszystkich szyldów w miasteczku, dumna, zaskakująca. Wiszące ogrody nad Narwią. 
Opisuję dokładnie tę historię nie dlatego nawet, żeby posiłkować się autorytetem znanej restauratorki, co do wartości i urody terenów nadnarwiańskich (chociaż oczywiście trochę też). O wiele bardziej myślę o tej sytuacji jako o pewnej metaforze dla sytuacji zarówno Podlasia, jak i moich Kurpi.
Piękne widoki, atrakcyjne – już to samo składać się powinno na cechy wspaniałego kurortu. Jeśli dodamy do tego regionalne tradycje, które przetrwały przez lata, tańce, legendy i obrzędy, z którymi w kraju może właściwie konkurować jedynie folklor góralski – zdaje się, że jest to przepis nie tylko na obszar geograficzny, w którym powinno się wygodnie i miło zamieszkiwać, ale który powinien być też niezwykle atrakcyjny turystycznie. I to jest właśnie nasza pozycja wyjściowa: owa restauracja „Panorama”, w której teoretycznie wszystko działa jak należy, ale nie ma kto z tego korzystać.
Jak przejść do etapu „Wiszących Ogrodów”? Trudno mieć nadzieję, że tę kwestię uda się rozwiązać w tydzień – bo tyle trwała metamorfoza w reality show. Jednak pewne aspekty niewątpliwie możemy z niej zaczerpnąć.
Na początek: potrzebna diagnoza problemu. Skoro wszyscy zgadzamy się, że Kurpie są wspaniałe, a niedoceniane – musi niewątpliwie coś działać nieprawidłowo. Zaryzykowałabym tezę, że niełatwa dla większości obecna sytuacja ekonomiczna (a i w historii rzadko bywało różowo, a PRL przyniósł w tej materii nienajlepsze tradycje) sprawiła, iż życie ludzi toczy się tu wokół dwóch wartości. Pierwsza, to niezmiennie rodzina. Możemy powiedzieć, że to cecha ogólnoludzka, a może ogólnopolska w szczególności. Jednakże – chociaż przyznaję każdemu prawo, aby mógł się z tą tezą nie zgodzić – uważam, iż na Kurpiach rodzina ma miejsce szczególne. Trudno przedstawiać dane statystyczne, które by tę teorię potwierdzały lub obalały – ostatecznie takie wartości są przecież niemierzalne. Ale sięgając już najbardziej osobistych doświadczeń – i myślę, że studenci wyjeżdżający z Ostrołęki do innych miast się ze mną zgodzą – widać znacząco inną częstotliwość wizyt u rodziców, telefonów w ciągu dnia i zażyłości relacji nie tylko z rodzicami, ale i dziadkami, rodzeństwem, a nawet ciotkami, wujami, czy kuzynami u osób pochodzących z terenów nadnarwiańskich, niż z jakichkolwiek innych. Na weselach i innych przyjęciach rodzinnych także często słychać uwagi od przyjezdnych, że silna więź pomiędzy członkami rodzin rzuca się w oczy tak bardzo, że wydaje się prawie namacalna. Rodzina jest na Kurpiach wartością nadrzędną – i chociaż jak już wspomniałam, nie sposób przekazać na udowodnienie tej tezy twardych dowodów, to – proszę mi ten jeden raz, uwierzyć na słowo.
Następna wartość – obecna naturalnie nie u wszystkich, ale jednak wciąż u większości na Kurpiach – to religia. I z wymienianych wartości religia akurat najbardziej przysługuje się podtrzymywaniu folkloru.  Święta kościelne jak Wielkanoc, Boże Ciało, czy Niedziela Palmowa, to momenty, w których tradycje są często kultywowane. Ozdoby z bibuły, stroje, przyśpiewki – idą w parze ze zwyczajami kościelnymi. Jest to zjawisko jakby leżące pomiędzy czasem świeckim, a czasem świętym, o których pisał Eliade. Bo, o ile według tego religioznawcy czas święty może być wciąż przywracany, rekonstruowany i nie podlega prawom chronologii (czyli np. Jezus Chrystus za każdym razem w Wielki Piątek umiera na nowo), a czas świecki płynie nieubłaganie (mamy świadomość, że minęły dwa tysiąclecia od śmierci Jezusa), to jednak religijne obrządki w jakiś sposób sprawiają, że łatwiej się nam „cofnąć w czasie” i przywołać starodawne tradycje.
Trzecim centrum życia na Kurpiach jest niestety – i tutaj też pewnie nie będzie zaskoczenia – pieniądz. Elizabeth Gillbert w swojej książce Jedz, Módl się, Kochaj wspomniała kiedyś, iż każde miasto ma swoje słowo. Słowo, które pasuje do niego idealnie, określa je właściwie całkowicie. Nie podjęłabym się zadania nadania Ostrołęce tego jednego słowa, ale skoro już zwracam uwagę, że pieniądze na Kurpiach są ważne – czuje się w obowiązku wytłumaczyć w jakim sensie uważam ja za pewnego rodzaju słowo klucz opisujące region. Gillbert uważa, że w stu procentach słowo „Pieniądz” reprezentuje miasto Nowy Jork. Waga wartości pieniądza na Kurpiach i waga pieniądza w NYC, to znacznie więcej niż różnica walutowa. To przede wszystkim kwestia podejścia ludzi. Dla ludzi, o których myśli Gillbert pieniądz jest celem - celem samym w sobie. I o ile z pewnością na Kurpiach (jak wszędzie) nie brakuje ludzi zwracających dużą uwagę na potrzeby materialne, ludzi pazernych, a nawet – i ja użyję tego słowa – złodziei, to jednak generalizując możemy powiedzieć, że tu pieniądze są raczej środkiem, który dopiero umożliwia realizację celu. 
Zasadne będzie teraz pytanie: co w takim razie jest tym celem, który sprawia, że pieniądze są takie ważne? Bardzo często ten cel jest postawiony pozornie niezbyt wysoko: ludzie chcą po prostu przeżyć. „Mieć na chleb”, „utrzymać się” – to popularne stwierdzenia. I chociaż, oczywiście, chyba każdy uzna, że wspaniale byłoby mieć jeszcze większy dom, jeszcze szybszy samochód, i po cichu marzy nawet o prawdziwym bogactwie (co widać chociażby po frekwencji w totalizatorach sportowych), to mimo wszystko priorytetem jest stabilizacja finansowa dla siebie i, w następnej kolejności, zabezpieczenie materialne dla wymienionej wcześniej rodziny.
Żadna praca nie hańbi, za to każda męczy – mówi stare uczniowskie porzekadło. I tak praca – rozumiana jako najpewniejszy i najuczciwszy sposób zdobywania zaplecza materialnego – jest czynnikiem, który kształtuje życie na Kurpiach. Zdecydowanie nie należymy do społeczności leniwych, ale także nie można raczej odnieść wrażenia, iż praca jest czymś, co ma przynosić nam satysfakcję. Miejsce pracy „w miarę dobrze płatne” i stabilne – to już w tej chwili i tak trudny cel do osiągnięcia dla wielu osób. Wymagania, aby było jeszcze interesująco, pasjonująco i – coraz częściej – w zgodzie z wykształceniem, zakrawają w obecnej sytuacji na fanaberię. Rozsądne to podejście może nie unieszczęśliwia, ale jednak sprawia, że jesteśmy często przemęczeni. Udaje nam się w ciągu doby wygospodarować jeszcze zaledwie moment na czas z bliskimi, chwilę niewymagającego relaksu przez telewizorem lub komputerem i już – słychać dzwony klasztorne obwieszczające koniec dnia. 
Kurp, prowadzący taki tryb życia, nie ma zbyt wiele możliwości, aby przechadzać się wzdłuż rzeki, wąchając kwiecie. Zapewne nie będzie też dumał nad głębią smaku kartaczy. Czy będzie zainteresowany wyprawą do muzeum, aby obejrzeć stare kurpiowskie stroje i arcydzieła regionalnych wycinanek? Niestety, ale tego też trudno od niego wymagać. Wszystkie te rzeczy zapewne robi, ale okazjonalnie, i miłość ta nie jest podtrzymywana na bieżąco, i często zostaje całkowicie zdominowana przez negatywne uczucia, o które nietrudno u spracowanego człowieka, który odnosi na przykład wrażenie, że Państwo zabiera mu na podatki zbyt wielkie kwoty, a następnie marnuje je w nieudolnych działaniach. 
Mamy zatem Kurpia, który kocha swoją małą ojczyznę, ale nie zawsze ma czas o tym pamiętać i celebrować jej uroki. 
A jest czym się cieszyć. Najwięcej ankietowanych z przyjemnością delektuje się kuglem (73% ankietowanych), piwem kozicowym (64%) i mioduszką (37%) – jednakże tylko 42% spożywa te produkty w kurpiowskich punktach gastronomicznych. Mało popularne okazują się kartacze – 15% zapytanych je jada. Spośród imprez regionalnych przoduje Miodobranie Kurpiowskie (60%). Mniej, ale wciąż bardzo popularne, są: Wesele Kurpiowskie (48%) i Niedziela Palmowa w Łysych (34%).  Prawie 35 % zapytanych posiada w swoich domach ozdoby z bibuły, a 32% - wycinanki kurpiowskie. 
Z wiedzą na temat regionu może być o wiele mniej optymistycznie. Zaledwie 40% zapytanych osób odwiedza skanseny kurpiowskie. Jeszcze mniej potrafi rozpoznawać tańce i śpiewy kurpiowskie. Do Muzeum Kultury Kurpiowskiej chodzi już tylko 31% naszych respondentów, 50% twierdzi, iż rozpoznaje stroje regionalne, ale legendy kurpiowszczyzny są znane zaledwie 21% zapytanych. Nieco ponad połowa respondentów rozpoznaje gwarę kurpiowską – jest to, tak mi się wydaje, bardzo niski wynik, gdyż jest to część dziedzictwa, która chociaż w niewielkim stopniu być może powinna być przedstawiana już w szkołach.
Jednak w rubryce ankiety, która służyła do wyrażania luźnych refleksji na temat regionu widać, że większość osób chętnie by zmieniła stan rzeczy. Zapytanie chcieliby wiedzieć więcej o Kurpiach, brać udział w imprezach kulturalnych i wypromować folklor kurpiowski na skalę narodową. Oto kilka wybranych wypowiedzi w tym tonie:

Żyjemy w pięknym regionie, a no co dzień właściwie nie zdajemy sobie jakby z tego sprawy, nie zauważamy. Winię za to edukację szkolną i wczesnoszkolną, gdzie wpajanie miłości do regionu ograniczało się do nudnych wypraw do muzeów.
Najwięcej informacji na temat regionu dzieci zdobywają w przedszkolu. Trochę słabiej jest w szkole. Zachwyca mnie umiejętność zainteresowania szczególnie młodzieży, folklorem nie tylko kurpiowskim, ludzi takich jak kierownicy zespołów tańca ludowego.
Moim zdaniem szkoły powinny zwracać większą uwagę na edukację na temat naszego pięknego regionu.
Chciałbym napisać, że jestem zapalonym Kurpsiem. I chciałbym żeby coraz więcej młodych ludzi się do tego przyznawało. Żeby nasz region, kultura i tradycje nie umarły a wręcz przeciwnie stawały się coraz bardziej znane. 

Ostatnia zacytowana wypowiedź naprowadza nas na kolejny ważny temat. Czy Kurpie mogą się stać atrakcyjne nie tylko dla swoich mieszkańców, ale także dla turystów? Większość ankietowanych uważa, że tak. Na pytanie „Czy uważasz, że Kurpie mają szansę stać się tak samo modne, znane i doceniane jak folklor góralski?” aż 76% wierzy w ich atrakcyjność turystyczną. Wypowiedzi w rubryce otwartej uzupełniają tę tezę o pomysły jak tego dokonać (co prowadzi nas do dalszej wycieczki, kierunkiem drogi wyznaczonej przez panią Gessler):

Zmiany na pewno przydałyby się jeśli chodzi o drogi lokalne na Kurpiach, i o większe rozpowszechnienie naszej kultury. […]Mamy wielu znakomitych twórców ludowych, muzea, skanseny, atrakcje przyrodnicze, wydarzenia kulturalne zarówno świeckie jak i religijne, jednak jakoś władze lokalne nie potrafią przyciągnąć do nas turystów. Może to dlatego, że np. Górale maja o wiele łatwiej? Gór do siebie nie przeniesiemy, ale Kurpiowszczyzna jest tak piękna, że aż szkoda zatrzymywać ją wyłącznie dla siebie.
Jestem z centralnej Polski, ale Kurpie mnie urzekły. Potrzeba dużego zaangażowania ludzi, żeby ten region stal sie widoczny a jednocześnie większej pokory rodowitych Kurpi. Minęły czasy kiedy walczyli podstępnie w puszczy. Teraz powinni podjąć walkę i uwierzyć w nią, że warto coś robić żeby nas zauważyli w Polsce, Europie, świecie . Wśród ludzi jest za dużo pesymizmu. Wszyscy pesymiści niech zaczną od siebie, co mogą dać dla tego regionu […].
Jestem dumna z bycia Kurpianką. Cieszę się, że mogę coś opowiedzieć o swoim regionie. Kurpie mają jednak jakąś tożsamość, ich strój ludowy, potrawy czy imprezy są kojarzone […].
Często bywa tak, że ludzie który siedzą w organizacjach zajmujących się kulturą zajmują się tym urzędowo. Nie mają wiedzy na temat naszego regionu i nie cenią kurpiowszczyzny. Dla nich jest to tylko sposób w jaki zarabiają pieniądze na życie (podchodzą do tego bez uczucia)i sposób na promowanie siebie i swoich działalności za pomocą organizacji regionalnych […].
Kurpiowszczyzna jest bardzo fajnym regionem, [jej zwyczaje] warto i powinno się kultywować. Niestety nie robimy tego bo ciągnie nas do "wielkiego świata". Zachwycamy się nie tyle innymi regionami Polski co innymi krajami i ich obyczajami, infrastrukturą, itd.

Żeby jednak być sprawiedliwym, trzeba przyznać, że nie jest do końca tak, że mieszkańcy Ostrołęki pragną kugla i igrzysk, a władza ignoruje te potrzeby. Z większą lub mniejszą pompą są organizowane różnego rodzaju imprezy, które przywołują folklorystyczne tradycje. Jednak nie wydaje się, aby uczęszczanie na nie weszło ludziom w krew. Może to nienajlepszy marketing, może brak pomysłu idealnego, a może to, o czym powiedzieliśmy już sobie wcześniej – brak czasu i energii na podobne rozrywki. 
Jak obudzić kurpiowski duch w Puszczakach? Nie jest tak, że jest on zupełnie uśpiony. Wesela coraz częściej wracają do kurpiowskich korzeni wraz z przyśpiewkami i regionalnym jadłem. Widuje się ludzi w koszulkach „Jestem Kurpiem i jestem z tego dumny”, „Jestem Kurpianką i jestem z tego dumna”. I w ankiecie nie braknie przecież podobnych wyznań i przemyśleń, znacząca większość zapytanych zaznaczyła, że utożsamia się z regionem. Jednak trudno mi się oprzeć wrażeniu, że w tych aktach dumy z regionu jest coś… życzeniowego. W dużej mierze jest to pewne zaklinanie rzeczywistości, afirmacja, która często powtarzana, może stać się wreszcie prawdą. Warto przypominać sobie wciąż, z czego możemy – a nawet powinniśmy -  być dumni. Narew – rzeka nie tylko piękna, ale i niezwykła. Folklor Kurpiowski, z którym może w Polsce konkurować chyba tylko góralski pod względem strojów, wycinanek, jedzenia i żywotnych tradycji.  Imprezy, na które zjeżdżają się ludzie z całego kraju, jak Niedziela Palmowa w Łysych, Miodobranie Kurpiowskie, czy rekonstrukcja Bitwy pod Ostrołęką. 
Skoro już wspomnieliśmy o tej ostatniej, to warto do listy zalet Ostrołęki dopisać przepięknie odrestaurowane Mauzoleum, upamiętniające te ważne dla dziejów Polski wydarzenie. Obiekt otwarto 26 maja, piękny lecz skwarny dzień. Promienie wiosennego słońca oświetlały Narew tysiącami skrzących promyków i niejeden uczestnik gali patrzył z tęsknotą w stronę chłodnej rzeki.
Historia Mauzoleum jest długa i… opieszała. Budowę rozpoczęto w…, ale wybuchła wojna i wnet wszelkie prace poszły na marne. Budynek został zniszczony przez pociski artyleryjskie, a następnie rozebrany. W 1961 roku został powołany Komitet, który miał na celu odbudowę Mauzoleum. Zapowiadało się obiecująco: tereny zostały uprzątnięte, zaczęto na Fortach organizować różnego rodzaju imprezy kulturalne, w tym kino letnie. Jednak niestety na tym poprzestano. Następny komitet (powołany w 1980) zbudował… schody. 
I wreszcie - odnowiony budynek. „Mauzoleum? Ale co to? Ale gdzie to?” – pytają Ostrołęczanie. Znają bowiem właściwie tylko nazwę Forty Bema, gdzie odbywały się czasem patriotyczne uroczystości. Aż tu nagle prasa rozpisuję się o nowoczesnym budynku, którego otwarcie jest głównym punktem tegorocznych dni Ostrołęki. Prace rozpoczęły się w 2010 roku w ramach projektu Ponarwie i wyniosły 8,139 milionów złotych. Honorowy patronat nad inwestycją objął Prezydent Komorowski. Był biskup, były wystrzały z armat, było wręczenie nagród pamiątkowych osobom i firmom wspomagającym przedsięwzięcie. Stroje ludowe, pieśni patriotyczne. I wreszcie… zwiedzanie. Historia, która toczyła się tu, nad Narwią, tak wiele lat temu – teraz ukazana w nowoczesnej eleganckiej formie. Świadectwo wydarzeń, wobec którego niechętne spojrzenia władz, niemiłosierny skwar i tak wiele lat stagnacji – przestają być warte naszej uwagi.
Niestety - nie wszyscy myślą tak samo. Przede wszystkim nie wydaje się, aby wydarzenie w ogóle wpłynęło w większym stopniu na miasto. Jestem pewna, że gdyby przeszła się dziś ulicami Ostrołęki i spytała, czy kojarzą w ostatnim czasie otwarcie jakiegoś znaczącego historycznie obiektu – wiele osób nie potrafiłoby mi odpowiedzieć. Lecz przy pytaniu wprost - Czy należy odrestaurować Forty Bema? – spodziewałabym się skwapliwego przytakiwania. Nie wykluczam jeszcze wcale dokonania takiego testu i chociaż może się wydawać, że to jedynie hipotezy, to jednak są poparte pewnymi dowodami. Kiedy czytamy komentarze do wydarzenia na ostrołęckich forach widzimy, jak wiele miejsca poświęca się na przykład temu jak poszczególne osoby na ceremonii, kto się poślizgnął, kto spocił, a kto dłubał w nosie. Nie zabrakło także refleksji, jak inaczej można było wydać tych osiem milionów. Znacznie bardziej oczekiwanym wydarzeniem było otwarcie, również – o ironio! – również w pobliżu Narwi, ostrołęckiego MacDonalda. Ostrołęka czekała na MacDonald od lat. Inicjatywa raz się pojawiała, to znowu upadała i wciąż na nowo elektryzowała opinię publiczną.
Zarówno Mauzoleum, jak i MacDonald są pewnymi krokami Ostrołęki w kierunku – nazwijmy to – wielkomiejskości. I nie jest tak wcale, że kochamy nasz MacDonald miłością bezkrytyczną, a Mauzoleum – po prostu przyznajemy, że to prawidłowo, że w ogóle jest. Ostrołęce trzeba oddać to, że chociaż leży w środku pomiędzy Warszawą, a Białymstokiem – wbrew pozorom nie ma ambicji, aby się do nich upodabniać. Metropolia – to metropolia, a niewielkie miasto – to niewielkie miasto. Każde ma swoje wady i zalety. I chociaż wciąż żywe jest te pojęcie „małomiasteczkowości”, funkcjonujące głównie, jako określenie mało światłych poglądów i złego gustu, to mimo wszystko studentowi z Ostrołęki, który wyjechał się kształcić do stolicy, największą przykrość można zrobić nazywając go „Warszawiakiem” i wytykając wielkomiejskie zwyczaje. Wciąż otwierane hipermarkety, chociaż są odwiedzane przez konsumentów ze względu na konkurencyjne ceny, nie są wcale witane z aplauzem.
Skąd więc tak wielka potrzeba MacDonalda? Bo o ile Ostrołęka nie widzi wcale potrzeby, żeby gonić Warszawę, to co innego – Łomżę. Miasta te są oddalone od siebie zaledwie o 35 kilometrów, są podobnej wielkości, oba były miastami wojewódzkimi. I chociaż nie wiem, jakie zdanie o Ostrołęczanach mają Łomżanie, to my cały czas wpadamy w wir rywalizacji. Nie obsesyjnej – co to, to nie – ale jednak rywalizacji. Dlatego konieczność jazdy po sprasowanego cheeseburgera do sąsiedniego miasta, była jak policzek. Jakby nie wystarczyło, że Łomża ma diecezję i piwo – swojego imiennika.
Jednak skupianie się Ostrołęki wyłącznie na dominację w określonej grupie miast – może być pewnym błędem. Bo właściwie corocznie traci coś ważnego w stosunku do dużych miast: są to naturalnie młodzi mieszkańcy. Wyjeżdżają do Warszawy, Białegostoku, Olsztyna, Gdańska, Krakowa… a potem – nie zawsze wracają. Ta emigracja nie jest niczym nowym, nie odkryję tu Ameryki. Większość wyjeżdżających planuje wrócić (pokazuje to zarówna ankieta, jak i moje prywatne sondaże wśród znajomych), jednak miasto dopiero zaczyna myśleć, o stworzeniu perspektyw młodym zdolnym. Na szczęście powoli też rozwija szkolnictwo akademickie. O tym, że jest możliwe stworzenie z powodzeniem wartościowej uczelni w mieście, któremu wielkością daleko do Warszawy, przekonało nas inne nadnarwiańskie miasto – Pułtusk. Jest więc szansa, że Ostrołęka kiedyś wcale nie będzie musiała wysyłać wszystkich głodnych wiedzy i wyższego wykształcenia, w świat.
Czego nam jeszcze trzeba, aby Kurpie zostały zauważone nie tylko przez turystów, ale i przez nas samych? Dumy, prawdziwej dumy, która wypływa z silnego przekonania o naszej wartości. Tak jak restauracja nie przestraszyła się porównania do siedmiu cudów świata, tak i my  powinniśmy porzucić wszelką skromność. Mamy piękne dziedzictwo, piękne tereny i… - tak napiszę to, chociaż brzmi bardzo górnolotnie – gorące serca. I wówczas, z tym samym entuzjazmem, będzie można przekazywać zachwyt nad Kurpiami dalej. Najpierw w Polskę, a potem w świat. 



Bibliografia

Książki
Elizabeth Gillbert, Jedz, módl się, kochaj, Poznań 2007.
Mircea Eliade, Sarcrum, mit, historia, Warszawa 1974.

Program telewizyjny
Kuchenne rewolucje [program telewizyjny]. Reż. Monika Lis i in. Produkcja TVN. Premiera 2010.


Dane na temat ankiety

Tytuł: Kurpsiem być – co to znaczy w XXI wieku?
Autor: Aleksandra Kozicka
Forma: Ankieta interaktywna, umieszczona w Internecie na portalu ankietka.pl.
Liczba ankietowanych: 195.
Czas trwania: 24.07.2012 – 31.08.2012.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz