wtorek, 7 stycznia 2014

Z pamiętnika żony geeka: Jebiem ti duszku da piczku materii, czyli Pan Lodowego Ogrodu




Na randki z mym mężem zaczęłam chodzić mając lat szesnaście. On udawał, iż uważa, że mam długie nogi (teraz oboje się z tego śmiejemy), ja udawałam, że lubię Tolkiena (teraz oboje przez to płaczemy).
Nie lubię Tolkiena. Jak mi ktoś mówi, że do niego trzeba dojrzeć, to wyciągam z torebki płyn do płukania Perwoll Black Magic, który elegancka kobieta mieć przy sobie powinna w każdej sytuacji, i ciskam nim w mądralę. Argument, że kiedyś przejrzę na oczy, bo teraz – w domyśle – jestem ograniczonym głuptasem – bardzo mnie drażni.
Ja go doceniam (Tolkiena, nie Perwoll). Za dokładność. Za złożoną geografię. Za języki. Ale... ale nie. Po prostu nie.



Michał kocha wielką Trylogię. Filmową wersję ma na DVD i ogląda ją zawsze, kiedy jest chory. Jeśli jedna z części jest emitowana w TV – nie tylko ją ogląda, ale jeszcze nagrywa. Robi też coś, czego moja blond głowa nie jest w stanie ogarnąć, mianowicie chadza na maratony do kina, które trwają jakby nie było, okrągłe pół doby. Okazuje się, że wiele dziewcząt uważa kino za tereny łowcze i przebrane za elfki wabią chłopaków – być może też chodzi tu, w szerszej perspektywie, o jakiś pierścień. Wiem o tym, bo mąż żali się, że chociaż istnieją na tym świecie normalne kobiety (normalne? Błagam! Elfki?), to niestety jego wybranka życiowa nie jest jedną z nich.
Bo wybranka ogólnie jest podła.
Kiedy mąż czyta powiastki Salvatore, tudzież Canavan żona, nachyla się do jego ucha i parodiuje typowe "fantazjowe" zdanka.
Słońce chyliło się ku zachodowi...
...wszystko oblane krwawą posoką...
...gwałtownie wydobył miecz...
...ona odsłoniła swe pełne piersi i jęknęła przeciągle...

Dotąd był jeden autor, który ratował nasze małżeństwo. Niejaki Andrzej S. Zauroczył nas oboje na równi i tu nasze spory ograniczyły się tylko do tego, która laska jest fajniejsza: Yennefer, czy może Triss? (No przecież, że Triss!) Teraz Michał czyta nową część tzw. u nas "Wiedźmaka", a ja czekam w kolejce.

Jednak zmierzam do tego, że właśnie połączył nas jeszcze jeden autor fantasy. I znów jest to Polak. Panie i panowie, Ola dała się uwieść Grzędowiczowi.

Pan Lodowego Ogrodu, to saga do której kompletnie nie miałam zaufania, ale Michał... no cóż, kazał mi ją przeczytać. Autorytatywnie, groźnie, wyzywająco.
Ponieważ główny bohater początkowo nadszarpnął okazane mu prze mnie zaufanie, mordując potwora przez pięć stron, książka trafiła na stosik "do czytania w wannie" i szła w związku z tym nieszczególnie szybko. Pierwszy tom – rozkręcał się powolutku. Dzieją się dwa równoległe wątki, które pozornie nie są ze sobą powiązane i wprawiają w lekką konsternację. Drugi – poszedł już zupełnie nieźle, Grzędowicz awansował na stosik "przy łóżku". Dwa ostatnie tomy tachałam już ze sobą absolutnie wszędzie.

No dobrze. Jednak są pewne minusy, ale to może tylko dla mnie, kobiety. Infantylny erotyzm. Przykład? Proszę bardzo. Do wojaka zostają przysłane trzy ekstra laski. Ale wojak właśnie przeżył odrzucenie przez ukochaną, więc nie jest w nastroju. Laski bardzo namawiają. Wojak z ciężkim sercem godzi się wychędożyć jedno atrakcyjne dziewczątko. Znowu protesty: trzy, koniecznie musisz mieć trzy jednocześnie! Wojak postanawia się poświęcić. Bidulek.

Po przeczytaniu osiągnęłam ten dziwny stan umysłu, który nie pozwala zabrać się z miejsca za inne czytadło i jeszcze przez dwa tygodnie wprawiałam w osłupienie "krewnych i znajomych królika" wykrzykując: jebiem ti duszku da piczku materii!


Fantastyczne fantasy. Soczyste, barwne i... logiczne. Żadne "tam i z powrotem!
No, sami zobaczcie:







3 komentarze:

  1. Tylko jeden problem, jeżeli dobrze zrozumiałem, opisywaną sytuację, przy infantylnym erotyzmie, to nie był to wojak tylko 15 letni, przyszły cesarz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No i wychodziło też na to, że jak się z nimi nie prześpi (czy ich przy sobie nie zachowa?) to je wyślą do wojskowego burdelu. Ale nie mniej - poświęcenie godne pieśni!

    OdpowiedzUsuń